an43

czterdziestki. Mają różne wykształcenie i dochody, ale nie schodzimy
Dziewczynka pociągnęła nosem, nie patrząc na ojca, który już
teraz to zauważył. Cienka bawełniana nocna koszula
- Chcę się pobawić klockami - upiera się mała.
Malinda zdziwiła się absurdalnością tego pytania.
Sims wahał się przez chwilę. Wstał i obrócił się w stronę segregatorów,
Potarł skronie. Palce trafiły na blizny. Zaklął, zerwał się
lepiej.
krzesła.
- Wyłaź?
Nie, nigdy mu się to nie uda, pomyślała, łapiąc za krawędź umywalki.
- O tym można by dyskutować - odparła sucho
-Mówisz tak, bo mnie nie widziałaś.
wiedział, że zapas tlenu będzie mu potrzebny do dalszych działań.


skup samochodówgama-sklep.com.pl/poradySally Greene

ktokolwiek był w stanie odnaleźć jednookiego, to tylko Diaz. Może

śmiejąc się podniósł ręce do góry i zrobił krok do
Powoli narastało w nim przekonanie, że byłoby najlepiej, gdyby
Czego się dowiedział? Dlaczego tak późno uderzył?

Właśnie rozmawia z Jane, koleżanką Simona, która, dowiedziawszy się, że Laura zamierza zostać tancerką, wypytuje ją o różne sprawy związane z baletem. Miło im się gawędzi i kiedy Simon idzie do domu po zimne napoje, Laura cieszy się, że zostawia ją w towarzystwie tej sympatycznej dziewczyny.

bluzek. Gdy przebrawszy się, zeszła po schodach, wyglądała
czemu miałby to robić - no, chyba że z ciekawości - ale teoretycznie
wyciągający miecz podczas ceremonii pasowania najlepszego rycerza. - Zwalniam cię. Nie jesteś mi nic winna. - Chcesz, żebym odeszła? - Nie, Cassidy. Tak naprawdę, to nie obchodzi mnie, co zrobisz. - Zachwiał się lekko, więc zrobiła krok w jego stronę i wyciągnęła rękę, ale on odskoczył od niej tak szybko, że się potknął i wylądował na ścianie. - Nie dotykaj mnie, Cassidy. - Jego głos był o oktawę niższy. - Nie wyświadczaj mi żadnych przysług, nie próbuj skakać nade mną jak kochająca, oddana żona i, na miłość boską, nie dotykaj mnie. Kule z trzaskiem uderzyły o podłogę. Cassidy podskoczyła. Chase chwycił się oparcia kanapy. Zgięty wpół, wspierając się na zdrowym ramieniu, powoli przysunął się do Cassidy. Stał tak blisko, że czuła jego oddech pachnący alkoholem. Wbił w nią wzrok, aż zaschło jej w gardle. Może jej się tylko wydawało, ale miała wrażenie, że w jego oczach widzi płomień namiętności, dawnego ognia, który był między nimi. - Ustalmy jedną rzecz, żono - powiedział chrapliwym, niskim szeptem. - Pożar niczego nie zmienił. Nie kochasz mnie, a ja nie kocham ciebie, więc będziemy tkwili w tym zakłamanym małżeństwie, dopóki nie stanę na nogi. Potem sprzedam moją część udziałów za cenę, jaką podyktuję. I wtedy rozejdziemy się na zawsze. Jasne? Odsunął się od niej, podniósł kule, włożył w nie ręce i walnął nimi ze złością o podłogę. Cassidy zacisnęła pięści. Jej serce wypełniły złość i rozpacz, ale wiedziała, że Chase ma rację. Już postanowili, że się rozwiodą. Pożar skomplikował im życie i nieco opóźni rozwód. Była jednak zaskoczona tym, że mąż chce sprzedać swoją część udziałów. Przez lata praca była dla niego wszystkim. Interesowały go jedynie budynki, własności i aktywa spółki Buchanana. - Słuchaj, Chase. Powinieneś o czymś wiedzieć... Pewnie powinnam ci była powiedzieć o tym w szpitalu, ale nie chciałam cię denerwować. Zobaczyła, że pod koszulą rękawa napięły mu się mięśnie. Nie odwrócił się do niej. - Masz kochanka. - W jego głosie słychać było ton porażki. - Kochanka? - Gdyby sytuacja nie była tak tragiczna, roześmiałaby się w głos. Z wysiłkiem rozluźniła dłonie i złożyła ręce. - Nigdy nie miałam nikogo poza tobą. - Kłamiesz. - Od kiedy się pobraliśmy, nie. - Nie dawała za wygraną. Przechodzili już przez to tysiące razy. - Możesz mi wierzyć albo nie, ale w tej chwili to naprawdę nie ma znaczenia. Chyba powinieneś wiedzieć, że twoja matka opowiedziała mi o Buddym. - O Buddym? - Tak, o twoim bracie. Przyrodnim bracie. Po części twoim, po części moim. - O czym ty, do diabła, mówisz? - Odwrócił się o kulach. Wyszły mu żyły na szyi. Wpatrywał się w nią z taką wrogością, że się cofnęła. - Buddy - Willie jest synem mojego ojca. Tata i Sunny przez lata mieli romans. - Kłamiesz! - Sunny powiedziała, że ty o tym wiesz, bo kiedyś przyłapałeś ich razem. - Nie... nie pamiętam. Nie mogę w to uwierzyć... - Buddy żyje, Chase. To dlatego twój ojciec wyjechał z miasta. Nie dlatego, że Brig nie był jego synem. Zesztywniał. - Znam plotki, słyszałam, co się mówiło przez lata w mieście. - Było minęło - warknął. Zacisnął palce na kulach. - Jezu, nie mogę Mierzyć w to, co mówisz. Do cholery, insynuujesz kazirodztwo. - Spytaj Sunny. Spytaj Reksa. To prawda, Chase. Po co miałabym kłamać? - Bóg jeden wie. - W jego głosie nie było słychać nawet odrobiny żalu. - Jesteś niemożliwy. - Staram się, jak mogę. - Buddy jest twoim bratem! - I twoim. - Tak. Mimo drutów w szczęce, zacisnął zęby. Świdrował ją na wylot pełnym nienawiści okiem. Powietrze świsnęło mu między zębami. - Dlaczego mam ci wierzyć? Rozłożyła ręce. - A po co miałabym to wymyślać? - Nie wiem. - Na jego twarzy malowały się emocje, których nie potrafiła nazwać. Zamknął na chwilę oko i nagle wydał jej się niebezpieczny i obcy. - To prawda, Chase. Naprawdę ci się wydaje, że to bez sensu? Przecież sam mi powiedziałeś, że Buddy prawdopodobnie żyje w jakimś zakładzie. Zawsze się zastanawiałeś, co się z nim dzieje. A tacie tak zależało, żeby u nas pracował... - Gdzie on jest? - spytał po cichu. Zmrużył podejrzliwie oko. - Gdzie?

łzy. Oto miała przed sobą dowód - zbielałe, mocno

Brigu McKenziem są prawdziwe. Cassidy, która z ręcznikiem i radiem szła na basen ścieżką za różaną altanką, omal nie upadła, gdy dotarły do niej słowa siostry. Zdołała jednak złapać równowagę. Przystanęła, żeby Angie i Felicity nie zauważyły jej. Jakie plotki? Wyglądało na to, że na temat Briga McKenziego codziennie pojawia się nowa. Felicity zaśmiała się złośliwie. - Lepiej, żeby były tego warte, bo jak twój tata dowie się, że masz zamiar uwieść jego pracownika... - Ej, chwileczkę. Źle mnie zrozumiałaś. To on mnie uwiedzie. Tylko jeszcze o tym nie wie. - A czego się spodziewasz? Ma mięśnie, ale nie ma szarych komórek. Cassidy nie mogła uwierzyć. O czym ta Angie myśli? Czy ona naprawdę ma zamiar to zrobić? Z Brigiem? Zrobiło jej się niedobrze, ale nie dlatego, że Brig był robotnikiem ojca. Dlatego, że ktoś chciał się nim zabawić, a on o tym nie wiedział. Może niepotrzebnie się przejmuje. Przecież był dla niej niemiły. Jednak myśl o tym, że on i Angie całują się, dotykają i czulą do siebie, przyprawiła ją o mdłości. - Kiedy? - spytała Felicity, pochylając się bardziej. - Niedługo. Felicity uśmiechnęła się chytrze. - Nie domyśli się, co go czeka. Cassidy wystarczyło to, co usłyszała. Głośno kaszląc, przeszła przez altankę. Miała wrażenie, że jej bose stopy łomoczą o kafelki. Rozmowa ucichła. Angie i Felicity wymieniły znaczące spojrzenia. - Czemu się tutaj kręcisz? - Angie uniosła szklankę i z niezadowoleniem spojrzała na roztapiające się kostki lodu. - A jak myślisz? Chciałam popływać. - Nie sądzisz, że najpierw powinnaś wziąć prysznic? - Angie lekko zmarszczyła nos, patrząc na brudną skórę siostry. - Nie. - Cassidy nie miała zamiaru dać się wciągnąć w kłótnię. Przynajmniej nie teraz, gdy w uszach pobrzmiewały jej słowa Angie. Felicity zmierzyła wzrokiem obcięte, postrzępione na brzegach dżinsy Cassidy, smugi kurzu na nogach, bluzkę w czerwono-białe pasy, która rozchylała się ukazując kostium kąpielowy. Cassidy omal nie spłonęła rumieńcem. Natura nie obdarzyła jej tak hojnie jak obie dziewczyny. Od paru lat czekała, aż urosną jej piersi. Zaczęły się wprawdzie zaokrąglać, ale nic więcej. - Uważaj - ostrzegła ją Felicity. - Stary biedny Willie się tutaj kręci, żeby sobie za darmo popatrzeć. - Mówiłam ci, że jest niegroźny. - Angie zamieszała napój. Felicity przewróciła oczami. - Jest dorosłym mężczyzną z mózgiem dziesięciolatka. Wątpię, czy to niegroźne. Cassidy nie martwiła się Williem. Zdjęła bluzkę i dżinsy, związała włosy w koński ogon i wskoczyła do wody. Nigdy nie lubiła Felicity Caldwell i nie rozumiała, co Angie widzi w tym rudzielcu. Felicity nie dorównywała Angie urodą, ale była córką sędziego Caldwella, dobrego przyjaciela ich ojca. Rex i Sędzia - któremu naprawdę było na imię Ira, ale wszyscy nazywali go Sędzią, razem grywali w golfa, razem polowali i razem pili. Znali się od zawsze, więc ich córki wychowywały się razem. W dodatku Felicity zakochała się w Derricku i świata poza nim nie widziała. Cassidy wynurzyła się z wody, otrząsnęła włosy i zaczęła pływać. Felicity i Angie już nie było. Poszły pewnie porozmawiać na osobności o swoich sprawach. Cóż. Cassidy nie chciała już myśleć o Brigu i Angie i o tym, co będą robili, jeśli siostra dopnie swego. A co mogłoby ją powstrzymać? Nic. O Brigu McKenziem krążyły legendy. Sama Cassidy słyszała parę. Jeśli wierzyć plotkom z miasta, Brig McKenzie wygrzał więcej łóżek niż wszystkie koce w Prosperity razem wzięte. Cassidy nie wiedziała, ile w tym jest prawdy. Sama jednak zauważyła, że Brig jest zniewalający, męski i wyniosły. Słyszała, że jest niebezpieczny, a jego mroczna przeszłość jakby to potwierdzała. Niektórym znudzonym kobietom imponowały pieniądze, inne szukały odrobiny dzikiej namiętności. Cassidy miała wrażenie, że Brig McKenzie świetnie nadawał się do tej roli. Przeszły ją dreszcze, które nie miały nic wspólnego z temperaturą. Zła na siebie, zaczęła mocniej uderzać wodę rękami. Przepływała każdą długość basenu tak, jakby chciała pobić rekord. W końcu dotknęła brzegu i na wpół wynurzyła się z wody, usiłując złapać oddech. Wtedy go zobaczyła. Na krawędzi kamiennego kwietnika, z którego wyłaniała się głęboka czerwień i biel petunii, siedział Brig. Kolorowe kwiaty mocno odcinały się na tle jego brudnej, opalonej skóry i twardych mięśni. Przyglądał się jej uważnie. Po wielu godzinach pracy jego ubranie było brudne. Miał na sobie dżinsy i koszulę w kratę z podwiniętymi rękawami i rozpiętymi guzikami. Chciała zniknąć. Zapaść się pod ziemię. Ukryć się przed drwiącymi błękitnymi oczami. - Pomyślałem, że może chcesz wiedzieć, jak tam twój koń - rzucił. Jęknęła cicho. Serce łomotało jej jak oszalałe, ale wyszła z basenu z taką godnością, na jaką mogła się zdobyć. Stanęła przed nim, ociekająca wodą.
Milla obudziła się następnego ranka w ramionach Diaza. Jej